Koala na safari

Jakiś czas temu wysłałem list do dużej firmy, producenta chrupiących artykułów spożywczych.
Taka była jego treść:

Szanowni Państwo

W dniu dzisiejszym otworzyłem produkt Państwa Firmy „Junior Safari”, który dostałem od mojej mamy.
Nie mam żadnych uwag dotyczących jakości sensu stricto. Smak Państwa produktów, jak zawsze jest legendarny i nie budzi żadnych zastrzeżeń. Mam jednak uwagę natury technicznej. Otóż, w paczce znajdują się ciasteczka w kształcie zwierząt, które jak mniemam (i co sugeruje nazwa produktu), można spotkać na safari. Udało mi się rozpoznać następujące zwierzęta: lew, słoń, żyrafa, nosorożec, zebra, wielbłąd, żółw, a także… KOALA!

Wszystkie ww. zwierzęta żyją w Afryce i można je spotkać na safari. Ale koala??
Jak powszechnie wiadomo, koala (Phascolarctos cinereus) zamieszkuje tereny wschodniej Australii, a co za tym idzie, w Afryce można zobaczyć ją jedynie w ZOO.

W związku z tym, zwracam się do Państwa z prośbą o wycofanie ciasteczka w kształcie misia koala z paczki „Junior Safari”. Jego obecność w paczce, sugeruje, że zwierzę to żyje w Afryce.

Uważam, że wprowadzacie Państwo w błąd swoich najmłodszych Klientów. Dzieci powinny znać prawdę – koala żyje w Australii i nie można jej spotkać na safari.

Bardzo proszę o wyjaśnienia i ustosunkowanie się do mojej prośby.

Z poważaniem
Rafał Gołębiowski

 

Taką oto dostałem odpowiedź:

Szanowny Panie,

dziękujemy za przesłanie zapytania dotyczącego Junior Safari. Cieszymy się, że nie ma Pan zastrzeżeń co do jakości produktu. Odpowiadając na wątpliwości związane z nazwą produktu, pragnę wyjaśnić że gdy powstawał ten produkt, przyświecał mu cel nie tylko zapewnienia naszym najmłodszym konsumentom przyjemności chrupania, ale także zapoznania ich z różnymi dziko żyjącymi zwierzętami. Obecnie, wraz z rozwojem globalnej turystyki, coraz częściej terminem „Safari” określa się formę zorganizowanego wypoczynku i rekreacji poprzez podziwianie i fotografowanie naturalnej przyrody, a zwłaszcza świata zwierząt. Nazwa ta nie odnosi się do „akfykańskiego safari”. Mam nadzieję, że udało mi się rozwiać Pana wątpliwości i że przekąski ……… nadal będą gościły w Pana domu :)

Pozdrawiam/Best Regards
……… ……
Specjalista ds. marki
Junior Brand Manager
Dział Marketingu

 

Czyli wychodzi na to, że się czepiam?
Chyba tak.

Jak ktoś mnie dziś zapyta, co będę robił w najbliższy weekend, to powiem, że jadę na safari.
Tramwajem. Do Parku im. Edwarda Szymańskiego na Woli. Będę fotografował dzikie kaczki, które pluskają się tam radośnie w głębokim stawie.

 

koala na safari

Wywiad z jesienią

- I znowu pani do nas przyszła.

- Panie kochany, jak co roku o tej porze. A wy i tak się dziwujecie, jakby to pierwszy raz w waszym życiu było.

- Nie wiem czy zdaje sobie pani z tego sprawę, ale jest pani, delikatnie mówiąc, mało popularna w naszym kraju. Kiedy pani przychodzi to robi się ciemno, zimno i ludzi generalnie ogarnia przygnębienie…

- Hola, hola! A co jakiś czas święto na moją cześć przecie wyprawiacie!

- Jakie święto?

- No te, demonstracji czy demokracji, nie pamiętam tera dokładnie.

- Ma pani na myśli wybory?

- O! Wybory właśnie!

- Ale to nie jest święto na pani cześć. To wszystko reguluje konstytucja.

- To ja nie wiem kim jest ta wasza Konstancja, że tyle zamieszania w kraju robi. Panie, ile to ja mam kłopotów z tymi waszymi wyborami. Głowę mi za każdym razem zawracacie!

- O jakich kłopotach pani mówi? To pani bierze udział w wyborach?

- Pewnie, że biorę. Za każdym razem wszyscy mnie przekupić próbują, żebym na tych drugich głosowała!

- Jak to?

- A tak to. Powiadają, że jak na kogo oddaję swój głos, to mu pecha przynoszę i odsyłam do Domu Politycznej Starości, czy Spokojnej Jesieni, czy jakoś tak.

- I ktoś próbował panią w związku z tym przekupić?

- A pewnie, że próbował! I to nie jeden. Najpierw przyszli do mnie ten od palenia kotów i mały, siwy mężczyzna, który wie jak powinno się kończyć.

- Czego od pani chcieli?

- Powiedzieli, żebym zagłosowała na prawego i sprawiedliwego prezesa, bo oni chcą mu zrobić z d… jesień średniowiecza, czy jakoś tak.

- Zagłosowała pani?

- Och nie! Chciałam najpierw się prezesa poradzić, bo nawet prezydent tak robi.

- I co powiedział prezes?

- A nic. Mówił, że on czasu nie ma teraz, bo na okres kampanii zamknął tego specjalistę od lotów i katastrof wszelakich w szafie. No i nogą drzwi mocno trzymał, żeby tamten przed wyborami nie wylazł.

- Co pani opowiada?

- Całą prawdę panie kochany. Prezes kazał się skontaktować z panią od szydełkowania. Ona jest teraz jego prawą nogą.

- Chyba ręką.

- Nogą. O stanowisko ręki walka jeszcze trwa.

- I skontaktowała się pani?

- Ależ gdzie tam! Ona cały czas siedziała w busie, a tam dla mnie za gorąco.

- I co się stało potem?

- Potem zadzwoniła do mnie pani od kopania. Ta no… co zastępuje piłkarza. Tego no… szefa Europy. Chciała żebym zagłosowała na nowoczesnego lub na ciasteczkowego śpiewaka.

- Zgodziła się pani?

- Nie, bo śpiewak ciasteczkowy obiecał, że płyty mi jakieś przyniesie i na koncert do Londynu zabierze. Ale muszę za to zagłosować na wszystkie partyje, które w wyborach wystartowały.

- Naprawdę tak powiedział?

- Naprawdę, naprawę. Mówił też, że jeśli się zgodzę, to on obali system i za kilka miesięcy będzie rozwalał patiokracje, czy jakoś tak. Dokładnie nie pamiętam.

- I na kogo pani w końcu zagłosowała?

- Na tego siwego, małego co wie jak mężczyzna powinien kończyć.

- Dlaczego na niego?

- Tyle lat się męczył. Nie mógł skończyć, to mu pomogłam.

- Co panią do tego skłoniło?

- Siostra mi podpowiedziała. Wiosna sporo o facetach wie.

- To niewiarygodne. A lato…

- Ono na to, jak na lato. Do polityki żadnej się specjalnie nie miesza. Zresztą… rzadko do tej waszej Polski zagląda. Jeśli już, to tylko raz w roku, na chwilę. Ludzie wtedy narzekają, że gorąco, więc odchodzi. Ono woli w Grecji siedzieć. Tam się za dużo nie napracuje, poleży, odpocznie, ludzie wina mu poleją, owoce morza na tacy przyniosą, więc siedzi sobie w tej Grecji i dupsko na słońcu w oliwie z oliwek smaży.

- A co na to wszystko zima?

- Zima znów zaskoczy drogowców.

 

jesieniowo

Czy buldog to ryba?

Widać gołym okiem (a także słychać gołym uchem), że kampania wyborcza zmierza radośnie ku końcowi. Po czym poznać? Politycy wszystkich partii, jak to mówi młodzież – odlecieli. I to tak wysoko, że już chyba tlenu im brakuje w tych przestworzach (swoją drogą, wiele by to wyjaśniało).

Na każde pytanie odpowiadają tak samo. Zupełnie jakby grali „w zielone”. A poza tym, traktują mnie jak debila. Mówią do mnie z ekranu mojego telewizora i to co mówią, nijak ma się do rzeczywistości. Ja mam ścianę w pokoju pomalowaną na czerwono, a oni mi wmawiają, że ten kolor jest niebieski. Jadę sobie przez miasto Polonezem, a oni twierdzą, że to jest Ferrari California.

Kilka lat temu czytałem „Abecadło Kisiela”. Pisząc o Antonim Marianowiczu, znanym niegdyś polskim satyryku, Kisiel przywołuje wiersz, który to Marianowicz napisał w 1956 roku. Wiersz doskonale obrazuje ostatnie dni tej kampanii. Posłuchajcie:

Rzekł polityk: Rzecz to jasna chyba
Proszę państwa, że buldog to ryba.
A uczony, specjalista od ryb
Wnet określił gatunek i typ.
Na szkoleniach kuli w nas mądrości
Jakie buldog ma w swym ciele ości.
I tylko reakcjonista i wróg
O buldog-rybach wątpić mógł.
Ja w tej sprawie nawet mam alibi,
Bo milczałem w sposób całkiem rybi,
Ale gdy mnie proszono o gest,
Żyrowałem tę sprawę. Tak jest.
Czy mną wtedy kierowała trwoga?
Nie, obawa, że w kwestii buldoga,
Gdy wychylę się chociaż ciut-ciut,
To zaprzedam Ojczyznę i Lud.
Dzisiaj wstydzę się bardzo, i czule
Jak najdroższą rzecz do serca tulę
Tę najprostszą z wszystkich prostych tez:
Proszę państwa, buldog to jest pies.

A. Marianowicz, „W kwestii buldoga” (1956)

 

Czy buldog to ryba?

 

 

Pan Tadeusz w Kapsztadzie

W Afryce biały kolor skóry oznacza dobrobyt. Jest jego synonimem. Jeśli jesteś biały, to znaczy, że masz pieniądze. W oczach Afrykanów – jesteś po prostu bogaty. A zatem, jeśli jesteś biały i poleciałeś do Afryki, to musisz być przygotowany na to, że kilka razy dziennie, (mała lub duża, młoda lub stara) czarna ręka zostanie wyciągnięta w Twoją stronę, a jej właściciel powie Ci bez żadnego zażenowania: „jestem głodny, daj mi pieniądze”.

Doświadcza tego prawie każdy turysta, podróżujący po tym ogromnym kontynencie. Ci, którzy przyjeżdżają tam po raz pierwszy, reagują instynktownie i sięgają ręką do portfela. W Afryce wszędzie widać biedę. Czasami bardzo dużą biedę. Kiedy widzimy ludzi w obdartych ubraniach, żyjących na ulicach lub w slumsach na obrzeżach wielkich miast, to naturalnym odruchem jest chęć niesienia im pomocy.

Pierwszego dnia pobytu, statystyczny turysta z Europy, wyciąga pieniądze z portfela i daje. Drugiego dnia pobytu, statystyczny turysta z Europy jest już lekko poirytowany, więc daje dużo mniej niż poprzednio. Trzeciego dnia pobytu, statystyczny turysta z Europy jest już mocno wkurzony, ponieważ szybko obliczył sobie w głowie, że jak tak dalej pójdzie, to do końca pobytu nie starczy mu pieniędzy na jedzenie i niedługo sam będzie musiał stanąć na ulicy, zaczepiać przechodniów i mówić: „jestem głodny, daj mi pieniądze”.

Co zatem zrobić, aby wymarzony pobyt w Afryce nie przekształcił się w koszmarną walkę z żebrakami, którzy kilka razy dziennie próbują wyciągnąć od nas ostatni grosz? Okazuje się, że bardzo pomocna może być twórczość naszego narodowego wieszcza.

Przez kilka dni byłem w Kapsztadzie. W trakcie mojego pobytu, kilkadziesiąt razy proszono mnie o pieniądze. Odmawiałem za każdym razem. Dlaczego? To trudny temat i długo by o tym pisać. Generalnie zgadzam się z poglądem Paula Theroux, który w swoich podróżniczych reportażach dosyć dokładnie opisał działalność organizacji charytatywnych, „niosących pomoc” Afryce. To całe pomaganie zrobiło Afrykanom wielką krzywdę, którą bardzo trudno będzie teraz naprawić (zainteresowanych tym tematem, odsyłam do książki „Safari mrocznej gwiazdy. Lądem z Kairu do Kapsztadu”, tegoż autora właśnie).

Odmówić pieniędzy człowiekowi, który przez lata przyzwyczaił się do tego, że je dostaje i że one mu się po prostu należą, nie jest wcale łatwo. Na początku próbowałem z nimi dyskutować i tłumaczyć. Opowiadałem, że jestem z Polski. Nie z Ameryki, nie z Anglii czy też z Niemiec, ale z Polski! Nie mam dolarów ani euro. W Polsce nie zarabiamy dużo i żeby tu przyjechać, trzeba było oszczędzać, odkładać, zaciskać pasa…

Takie tłumaczenie pomagało w Meksyku, ale w Afryce – jak kulą w płot.
Jesteś biały, więc masz pieniądze. Ja jestem czarny, więc ich nie mam. Ty masz, ja nie mam. Daj mi, żebym ja też miał. Daj, daj, daj… – zdawała się mówić, każda, wyciągnięta w moją stronę ręka.

Piątego dnia pobytu zaczepił mnie pod sklepem młody człowiek. Szczupły, niewysoki. Na głowie miał modnie ułożone dredy. Ubranie trochę stare i w niektórych miejscach lekko podarte. Mógł mieć najwyżej dwadzieścia kilka lat. Zaczepił i powiedział znajomy tekst:
Jestem głodny. Daj mi pieniądze.
Tłumaczenie skąd jestem – nie pomogło. Próba rozmowy o tym, że trzeba znaleźć pracę – nie pomogło. Pomógł mi dopiero… Adam Mickiewicz!

– Ja nie jestem zły. Nie jestem przestępcą. Jestem głodny, daj mi pieniądze.
– Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie. Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił.
– Hmm…? Ale proszę pana, ja jestem biedny. Nie jestem zły. Nie jestem bad boy. Jestem głodny. Daj mi pieniądze.
– Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy, nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
– Ale co pan…? Ja nie jestem zły! Jestem good boy. Jestem głodny, daj…
– No, my friend. No English, only Polish! Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono. Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną. Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych…
– Voetsek!

Tego ostatniego słowa, wypowiedzianego w języku afrikaans, nie będę Państwu tłumaczył. Ale oznacza mniej więcej tyle, co palec środkowy uniesiony wysoko w górę. Chłopak uznał, że jestem wariat i nie ma sensu dłużej ze mną dyskutować. Od tamtej pory, za każdym razem, kiedy ktoś na ulicy wyciągnął do mnie rękę i…

– Jestem głodny, daj mi pieniądze.
– No English, my friend. Only Polish.
– Ale daj mi…
– Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie…

Marsz Niepodległości – a cóż to takiego?

Szanowni Państwo

Dostałem list od mojego przyjaciela z Japonii, który od dawna jest zafascynowany Polską i chciałby wziąć udział w obchodach Święta Niepodległości. Niestety, jestem chyba zbyt tępy i mało otrzaskany w tych tematach, ponieważ nie wiem, co mam mu dokładnie odpowiedzieć. Dlatego też, postanowiłem, list, który od niego dostałem tu przepisać i prosić państwa o podpowiedź w tej sprawie.

Oto list:
(Dla ułatwienia poprawiłem większość błędów językowych, stylistycznych i gramatycznych, które Takashi popełnił – jego polszczyzna nie jest jeszcze zbyt dobra, ale zrozumieć można.)

佐藤君へ
Cześć Rafał-san!

Piszę do Ciebie, ponieważ w najbliższych dniach przylatuję do Warszawy w interesach. Jak za pewne doskonale pamiętasz, bardzo interesuję się historią Twojego kraju. Studiowałem studia wschodnioeuropejskie (specjalizacja: polonistyka) na Tokijskim Uniwersytecie Studiów Międzynarodowych. Tam nauczyłem się (jako tako – przyp. RG) języka polskiego, a dzięki wymianie studenckiej, która miała miejsce wiele lat temu, mogłem przylecieć po raz pierwszy do Polski. Wtedy to, poznaliśmy się przypadkowo w jednym z warszawskich barów. Od tego czasu, bywam w Twoim kraju dosyć często i za każdym razem, kiedy przylatuję do Warszawy w interesach, zwiedzamy miejscowe lokale w poszukiwaniu taniego piwa.

(Proszę wybaczyć ten trochę przydługi wstęp, ale Takashi, jak przystało na prawdziwego Japończyka, lubi długie i bardzo oficjalne wstępy – przyp. RG)

Tym razem, z racji tego, że będę miał okazję być w Warszawie 11 listopada, chciałbym (zamiast na nocne zwiedzanie barów – przyp. RG), wybrać się na Marsz Niepodległości. Sporo o tym święcie czytałem i uczyłem się jeszcze na studiach. Wiem, że jest to dzień, w którym Polacy uroczyście wspominają odzyskanie niepodległości. Po stu dwudziestu trzech latach niewoli, Polska wróciła na mapę Europy. To wielki dzień i wielkie święto w Waszym kraju. Dlatego też, bardzo chciałbym w nim uczestniczyć. Jednakże, mam kilka problemów i pytań z tym związanych.

Chciałbym pójść na marsz, ale okazuje się, że będzie ich kilka: „Marsz Niepodległości”, „Razem dla Niepodległej”, jakaś „Armia Patriotów”… To co to właściwie znaczy? Że w jednym marszu idą patrioci, a w drugim nie? To kto idzie w tym drugim marszu w takim razie? Bo mi ktoś powiedział, że w Warszawie robi się marsze i anty marsze. I trzeba tak robić, żeby się marsze z anty marszami na ulicy nie spotkały, bo jak się spotkają, to jest wojna! Ale jaka wojna? O niepodległość ta wojna? Czy o to, kto ma przejść pierwszy tą ulicą, czy jak?

Ale też mi ktoś powiedział, że nie muszę się bać, ponieważ będzie dużo policji i w razie awantury, to mnie obronią. Ktoś inny stwierdził natomiast, że to nieprawda. Bo policja robi prowokacje, rzuca kamieniami, a potem bije tych, co wcale nie rzucali, ale mówi, że rzucali. I teraz już sam nie wiem. Bać się policji, marszu, czy anty marszu? I skąd mam wiedzieć, który marsz to marsz, a który to anty marsz?

I jeszcze podobno uważać mam na dziennikarzy. Ale tylko tych złych, bo ci dobrzy, to prawdę w telewizji pokazują, a ci źli, to nie. Więc przed tymi złymi trzeba uciekać, a rozmawiać tylko z dobrymi. Ale jak odróżnię złych od dobrych? Oni są jakoś oznakowani? Dobrzy na biało, a źli na czarno są poubierani, czy jak?

Dziesięć zgromadzeń publicznych odbędzie się tego dnia w Warszawie. Tych wszystkich ruchów, środowisk, organizacji, stowarzyszeń i różnych ludzi, którzy wezmą udział w tych uroczystościach jest tak dużo, że nie sposób wszystkich tu wymienić. Jak wchodzę na ich strony w Internecie, to się okazuje, że jedni w drugich będą chyba kamieniami rzucać! Prawda to jest, czy też nie?

Jedno państwo, jedna i ta sama flaga, zatknięta na kije niesione przez uczestników marszów, powiewająca na tym samym wietrze, który przelatuje przez tę samą ziemię, zbrukaną krwią tych samych przodków, którzy polegli w walce o tą samą niepodległość, której dzień odzyskania, ci wszyscy ludzie w tym samym czasie chcą świętować… A zatem, skąd ta wojna na ulicach polskich miast i w głowach obywateli?

Czy ktoś mógłby mi to wszystko wyjaśnić? Jakoś tak racjonalnie wytłumaczyć? Bo ni 穴だらけにする (to chyba jakieś japońskie przekleństwo – przyp. RG) tego wszystkiego nie rozumiem.

(Dalej Takashi przechodzi w liście do spraw bardziej prywatnych. Opowiada o tym co u żony i u pana Kōichirō z baru, w którym sprzedają pyszne Okonomiyaki – przyp. RG)

またね
Pozdrawiam i do zobaczenia w Warszawie!
Takashi

I to tyle.

Bardzo proszę pomóc mi wybrnąć z tej sytuacji. Jak wytłumaczyć cudzoziemcowi to, co dzieje się na ulicach Warszawy 11 listopada? No jak?

Ze śmiercią im do twarzy

Dzień Wszystkich Świętych kojarzy nam się ze smutkiem, zadumą, szarością, zapalonymi zniczami i tłokiem na cmentarzach. Okazuje się jednak, że nie zawsze tak jest i nie wszędzie. Są na świecie takie miejsca i takie cmentarze, które 1 listopada wyglądają zupełnie inaczej. Wszystko jest tam inne niż u nas (no może z wyjątkiem tłoku i korków na drogach dojazdowych). A gdzie tak właśnie jest? A chociażby na przykład w Meksyku.

Co najbardziej rzuca się w oczy na meksykańskim cmentarzu? Kolory! Pomniki nie są szare lub czarne (tak, jak u nas), ale niebieskie, czerwone, żółte, różowe… Poza tym, ich kształt w niczym nie przypomina nagrobków z polskich nekropolii. Wyglądają raczej jak prawdziwe domy! Mają schody, drzwi zamykane na klucz, oszklone okna, a w środku: stoły, krzesła, a nawet i firanki. Można wejść, posiedzieć, pobyć i porozmawiać ze zmarłym.

W Dniu Wszystkich Świętych (Todos los Santos), te kolorowe cmentarze stają się miejscem hucznego biesiadowania. Ludzie przynoszą jedzenie, tequile, gitary… i urządzają tam prawdziwe balangi! Śpiewy nie milkną dosłownie przez cały dzień. Ma to związek nie tylko z chrześcijańskim świętem, ale również z (liczącą ponad 3000 lat) tradycją.

Prekolumbijskie ludy Ameryki Centralnej (Aztekowie, Majowie, Taraskowie, Totonakowie), obchodziły to święto już od bardzo dawna. Festiwal, który wówczas organizowano, odbywał się w miesiącu zwanym Tlaxochimaco, czyli narodziny kwiatów. Był to dziewiąty miesiąc w kalendarzu Azteków i wypadał na początku sierpnia. Hiszpańscy konkwistadorzy zamienili to (organizowane ku czci bliskich zmarłych) święto na Dzień Wszystkich Świętych.

Wielu turystów, przyjeżdżających do Meksyku w listopadzie, doznaje szoku. Zwłaszcza Europejczycy. No bo jakże to tak, żeby na cmentarzu balangi urządzać? Na grobach swoich bliskich, organizować uczty, popijawy, tańce, hulanki, swawole? Tak się przecież nie godzi! Ale niby dlaczego? Przecież katolicy na całym świecie (w tym również Meksykanie) wierzą w życie po życiu. Szczęśliwe życie, zdecydowanie lepsze, niż mamy tu – na ziemi. A skoro wierzymy, że to szczęśliwsze i dużo lepsze życie, stało się udziałem naszych bliskich, to czyż nie jest to wystarczający powód do radości i hucznego świętowania?

Śmierć w kulturze współczesnych Meksykanów jest bardzo „oswojona”. Nie przypomina starej kobiety w kapturze z kosą w ręku. Jest raczej swojską cioteczką, ubraną w kolorowe szaty, z której można trochę pożartować, zaprosić ją do domu, poczęstować porządną porcją nachos i wypić z nią kielicha dobrej tequili lub mezcal.

Meksykanie przyjaźnią się ze śmiercią. Nie boją się jej. Czy dzięki temu, nie czują strachu, kiedy cioteczka przychodzi, by zabrać ich do lepszego świata? Nie wiem. Tak czy owak, w listopadzie, śmierć na ulicach meksykańskich miast i miasteczek, można spotkać dosłownie wszędzie. I nie jest to przygnębiający widok.

 

Ten pierwszy raz

„Pierwszy raz” wbrew pozorom może być nierozerwalnie związany z muzyką. Można by zrobić jakiś ranking piosenek, które się z „pierwszym razem” nieodzownie kojarzą, lub, które w czasie „pierwszego razu” były odtwarzane najczęściej. Swoją drogą, byłby to ciekawy temat na pracę magisterską lub doktorską nawet. Ale dywagacje te zostawiam magistrantom muzykologii, psychologii, seksuologii oraz nauk pokrewnych, ponieważ dzisiaj nie o takim „pierwszym razie” będzie.

Jakiś czas temu byłem na weselu kolegi. Pierwsze toasty, życzenia, przywitania, no i tradycyjnie – pierwszy taniec. Nic w tym nie byłoby dziwnego, gdyby nie fakt, że państwo młodzi, swój pierwszy, weselny taniec przedreptali do piosenki „Windą do nieba” zespołu Dwa Plus Jeden. Muszę przyznać, że zdziwiłem się podwójnie. Nie dość, że tekst piosenki ma się nijak do przyszłości i szczęśliwej miłość, to przecież tyle razy z moim kumplem (panem młodym) kiedyś na ten temat dyskutowałem. No i co?

Spostrzeżeniem tym postanowiłem podzielić się z moimi stolikowymi sąsiadami. Pani siedząca naprzeciwko (jak się potem okazało, kuzynka panny młodej) stwierdziła, że to bardzo ładna piosenka i że ona nie rozumie moich zastrzeżeń. Za to pan siedzący obok niej (jej mąż), poparł moje argumenty. Polaliśmy na znak przymierza.

Przez następne pół godziny próbowałem wytłumaczyć pani, że w piosence tej, zrozpaczona kobieta pisze ostatni list do swego ukochanego, informując go, że wychodzi za mąż za mężczyznę, którego nie kocha. Piosenka jest o nieszczęśliwej, niespełnionej miłości. „No ale przecież to jest taka ładna piosenka”. Normalnie jak kulą w płot! Musiałem się napić.

Żadne argumenty do mojej sąsiadki z naprzeciwka nie trafiały. Tak się zdenerwowałem, że aż mi zupa wystygła. Jej mąż ponownie przyznał mi rację, narażając się na potężnego kuksańca ze strony swojej przemiłej małżonki. Właściwie, nie licząc męża kuzynki panny młodej, to nikt z mojej stolikowej załogi totalnie nie rozumiał o co mi chodzi. Polaliśmy zatem po raz trzeci i przypieczętowaliśmy nasz sojusz.

Dalsze tłumaczenie i przekonywanie nie miało sensu. Zajęliśmy się typowo weselnymi czynnościami: jedzeniem, piciem, tańczeniem i śpiewaniem. Do tematu wróciłem już po oczepinach, gdzieś w okolicach drugiego dania gorącego.

Zaczepiłem pana młodego i się grzecznie zapytałem, co to za manianę z tym pierwszym tańcem na początku odwalili.
- Ja  wiem, że to bez sensu ta piosenka i że głupota straszna, ale dla dobra sprawy postanowiłem się poświęcić.
- Jakiej sprawy?
- A bo widzisz. Zuza bardzo lubi tę piosenkę. Obiecała, że jak zatańczymy do niej pierwszy taniec, to na nasz, pierwszy, wspólny wyjazd małżeński (tzw. miesiąc miodowy) będzie pod pewnymi względami podobny do pierwszej, wspólnej wyprawy pod namioty.

Proszę państwa… O tym co się działo podczas tej wyprawy pod namioty, opowiedzieć tutaj nie mogę. Ale powiem jedno. Czasami warto się poświęcić.

Z życia siłowni

Trenuję. Od kilku miesięcy chodzę na siłownię i wyciskam z siebie siódme poty. Zupełnie jak Rocky Balboa. No wiecie… dwa surowe jajka z samego rana i bieganie w obskurnym dresie po schodach. No dobra, bez jajek i bez schodów. Ale za to w dresie i z bieganiem, jak najbardziej. Ale nie o trenowaniu opowiedzieć chciałem, lecz o miejscu i ludziach z nim związanych.

Siłownia. W latach 90 ubiegłego stulecia (o rety, jak to brzmi), było to przeważnie dosyć obskurne i mocno obdrapane miejsce, zlokalizowane w jakieś gnijącej piwnicy, rozpadającego się na drobne kawałki budynku. Stali bywalcy siłowni to najczęściej ogromni, nie posiadający szyi faceci. Może i nie za bardzo bystrzy, ale za to piekielnie silni. Jednym słowem – siłownia w tamtych czasach to doskonały punkt rekrutacyjny dla mafijnych bojówkarzy. Normalnie, strach się bać (nie mówiąc już o jakichkolwiek ćwiczeniach).

A dziś? Jak wyglądają siłownie w 2014 roku?
Luksusowe, klimatyzowane wnętrza. Na ścianach lustra i telewizory LCD. Wypasione szatnie z szafkami zamykanymi na kluczyk, a także prysznice oraz sauna gratis. Sprzęt jest w pełni nowoczesny i czasami mam wrażenie, że te wszystkie urządzenia, zostały zaprojektowane i skonstruowane przez inżynierów z NASA. Weźmy chociażby taką, zwykłą bieżnię do biegania. Informuje nas nie tylko o pokonanym dystansie i prędkości z jaką się poruszamy, ale potrafi zmierzyć spalone kalorie oraz na bieżąco monitorować tętno biegnącej osoby (zawsze to sobie sprawdzam, co by nie wyrżnąć o podłogę z przemęczenia). Można też ustawić duży kąt nachylenia bieżni i udawać, że biegnie się pod górkę (lub po schodach – niczym Rocky Balboa).

Ale cały ten kosmiczny sprzęt nie jest aż tak bardzo ciekawy. Ot, trochę fajnie wymyślonego żelastwa i ciężarów do dźwigania. Dużo ciekawsi są ludzie, którzy z niego korzystają. Nie są to już ogromni faceci nie posiadający szyi oraz mózgu. O nie! Więc kto?

Oto mój subiektywny wykaz tych postaci:

Stękający twardziele
Najbardziej irytująca i rzucająca się w oczy (a raczej w uszy) grupa ćwiczących. Przy każdym, najdrobniejszym nawet ruchu oraz przy jakimkolwiek, najdrobniejszym nawet wysiłku, wydają z siebie przeróżne stękania, pomruki, sapania, a nawet krzyki! Za pewne, ma to świadczyć o ich ogromnej determinacji w podnoszeniu wielkich ciężarów i pokazać, że ci prawdziwi twardziele, pokonują niezbadane granice ludzkich możliwości. Brzmi to jednak dosyć zabawnie i raczej groteskowo. Jeden stękający twardziel jest jeszcze do przeżycia. Ale jeśli trafi się dwóch naraz – sapią niczym para kopulujących jeleni.

Przestraszeni loveboye
Przychodzą na siłownię z kobietami. Przeważnie bardzo pięknymi kobietami. No i wiadomo… Kiedy piękna kobieta (ubrana w obcisły i elegancko dopasowany strój sportowy) pojawia się na siłowni i zaczyna robić te wszystkie przysiady, skłony, rozciągnięcia i podwinięcia, to chcąc nie chcąc, oczy wszystkich mężczyzn wędrują co i raz w jej stronę. Biedny, przestraszony partner pięknej kobiety, w każdej przerwie między seriami, biega co chwila do swej partnerki, aby ją pogłaskać, przytulić, pocałować, potrzymać za rękę lub zamienić po prostu kilka słów. Po co to robi? Po to, aby wszyscy przypakowani faceci wiedzieli, że ta piękna kobieta przyszła tu właśnie z nim i żeby żaden nie próbował jej wyrywać. To takie znakowanie terenu. Prawie jak podlewanie drzewek przez psy lub wkładanie palca do zupy.

Telefoniczni maniacy
Nie mogą żyć bez telefonu. Nawet na siłownię zabierają dwie komórki. Jedną prywatną, drugą służbową. Tak na wszelki wypadek, bo może ktoś akurat zadzwoni. Poza tym, co trzy minuty zaglądają na Facebooka. Po co? Tego jeszcze nie wiem. Może informują znajomych, ile serii i które ćwiczenie akurat wykonują? W każdym razie… średnio z dwóch godzin spędzonych na siłowni, jedna godzina przeznaczona jest na rozmawianie, esemesowanie, fejsbukowanie, tłiterowanie i cholera wie, co tam jeszcze. To akurat sprawdziłem.

Elektroniczni gadżeciarze
Rozbudowane wersje telefonicznych maniaków. Oprócz telefonów komórkowych, na siłowni zawsze mają przy sobie: smartphony, iPody, tablety itp. W trakcie ćwiczeń słuchają muzyki, oglądają filmy, a nawet grają w gry. Zwłaszcza podczas biegania lub jazdy na rowerze. Ostatnio jedna z naszych koleżanek obejrzała wszystkie części sagi „Zmierzch”. Zajęło jej to jakieś 58 km.

Lustrzaki
Lubią siebie i uwielbiają na siebie patrzeć. W związku z tym, notorycznie przyglądają się sobie w lustrze. A z racji tego, że w każdej siłowni lustra są dosłownie wszędzie, robią to praktycznie non stop. W trakcie ćwiczeń (to akurat jest normalne), między ćwiczeniami (żeby sprawdzić, czy jest jakiś efekt), a także przechodząc do kolejnego urządzenia, lub po prostu w drodze do szatki lub toalety (aby upewnić się, czy po tych wszystkich ćwiczeniach są jeszcze do siebie podobni).

Hodowcy mułów
Spadkobiercy potężnych i bezszyjnych facetów z lat 90. Różnią się jednak od nich zasadniczo. Posiadają mózg. Jednym słowem – mają łeb na karku (na potężnym karku – należy dodać). Są wykształceni, inteligentni i naprawdę ogromni. Dźwigają takie ciężary, że ja bym chyba za pomocą dźwigu tego nie podniósł. A przy tym, są łagodni jak baranki. Trochę takie misie – pysie. Godzinami potrafią rozprawiać o kaloriach, prawidłowym odżywianiu, o tym co jedli dziś na śniadanie, co na obiad i co skonsumują na kolację. Ile potrzeba snu, ile serii oraz ile powtórzeń i z jakim obciążeniem należy je wykonywać. Co najbardziej stymuluje bicepsy, a co będzie najbardziej odpowiednie do tego, aby dopompować klatę po wyciskaniu. Dużo się od nich nauczyłem. Ale na piwo to bym z nimi nie poszedł. Nudni są.

Czy ktoś jeszcze (oprócz wyżej wymienionych) przychodzi na siłownię? Oczywiście, że tak! Ludzie, którzy (podobnie jak ja) trenują niczym Rocky Balboa. No wiecie, surowe jajka z samego rana, bieganie po schodach itp. Z tego miejsca, wszystkich Was serdecznie pozdrawiam!

Wielkanocne „Last Christmas”?

„Kurczaczki, kurczaczki w stodole były, malutką dziureczką powychodziły. Widziałeś chłopczyku? Widziałem panie, malutką dziureczką patrzyłem na nie.” Tak sobie kiedyś pod nosem śpiewałem. Obecnie (czyli jakieś dwadzieścia kilka lat później), pomyślało mi się, że mogłaby to być fajna piosenka na Wielkanoc! No dobra. Tekst nie jest może jakiś wybitny, ale czy zna ktoś lepsze?

„Last Christmas” duetu Wham!, kojarzą chyba wszyscy. A zwłaszcza ci, którzy kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem, chociaż przez jeden dzień słuchają jakiejkolwiek stacji radiowej. Nie sposób tej piosenki przegapić. Generalnie, w tym właśnie okresie, bardzo często w radiu katują nas wszelkimi utworami muzycznymi, w których motywem przewodnim są: Mikołaj, choinka, renifery, sanie, prezenty, opłatek, bombeczki, dzwoneczki, cukiereczki i różnorakie gadżety, ze świętami grudniowymi kojarzone.

Dlaczego nie ma takich hitów radiowych na Wielkanoc? Moim zdaniem, wszystkiemu winni są Amerykanie. Ja wiem, że większość świata ciągle za coś ich obwinia i staje się to powoli trochę nudne, ale ja obecnie winię ich właśnie za to. Za brak porządnych przebojów wielkanocnych! Wszystko przez to, że święta wielkanocne w USA obchodzone są trochę tak… po macoszemu. Trwają tylko jeden dzień i generalnie mało kto je zauważa. Dużo ważniejsze dla nich jest Boże Narodzenie, Święto Dziękczynienia, czy nawet Dzień Niepodległości.

Co innego natomiast w Meksyku. Wielkanoc jest zdecydowanie najważniejszym świętem w roku i obchodzone jest przez dwa tygodnie (ustawowo wolne od pracy i od szkoły)! Uliczne balangi, parady, zabawy w wesołych miasteczkach, pokazy sztucznych ogni, tańce, hulanki, swawole… Gdyby to Meksykanie byli światową potęgą (nie tyle może militarną lub gospodarczą, ile kulturową), a Hollywood znajdowałoby się w Monterrey, a nie w Los Angeles, to coś mi się wydaje, że niejeden wielkanocny przebój w radiu moglibyśmy usłyszeć.

Skaldowie nie śpiewaliby, że „Z kopyta kulig rwie”, tylko o tym, jak to zajączki sobie po trawce wesoło kicają. Krzysztof Krawczyk na pewno zmajstrowałby jakiś przebój o kurczaczkach. Maryla Rodowicz śpiewałaby o barankach, a i Piotr Rubik jakieś oratorium by napisał z tej okazji zapewne. Lady Pank zamiast „Zimowego Graffiti” wydaliby płytę „Wiosenne jajeczka” i w piosence „Święta święta” w refrenie nie byłoby o choince, tylko o pisankach. Ale póki co, to Hollywood jest w Los Angeles i niestety, ale przebojów wielkanocnych raczej długo jeszcze nie będzie.

Na pocieszenie przyjmuję jednak do wiadomości fakt, iż jako nieliczni na świecie, mamy lany poniedziałek. Skoro pośpiewać nie można, to chociaż polejmy się wodą. „Kurczaczki, kurczaczki w stodole były…” Idę zrobić sobie sikawkę z butelki.

Rodzina XXL

Okazuje się, że szczęście w małżeństwie można zważyć. I to dosłownie. Czasopismo „Health Psychology” opublikowało raport amerykańskich naukowców z Southern Methodist University w Dallas, z którego jednoznacznie wynika, że ludzie, którzy są ze sobą szczęśliwi, tyją na potęgę. Akcja powiększania rodziny rozpoczyna się zaraz po ślubie. Dlaczego?

Wytłumaczenie jest bardzo proste i banalne. Usatysfakcjonowani małżonkowie przestają o siebie dbać. Nie zakładają zmiany partnera i w związku z tym, uważają, że nie muszą już być atrakcyjni. Jedzą byle co i prowadzą byle jaki tryb życia. Z Pięknej i Don Kichota zamieniają się w Bestię i Sancho Pansę. (Swoją drogą, ciekawe jaki wpływ na to zjawisko miał model dosyć – można by rzec – słusznych rozmiarów małżeństwa Shreka oraz Fiony z filmu „Shrek”?).

Badania przeprowadzili amerykańscy naukowcy. Zakładam więc, że badali przede wszystkim amerykańskie małżeństwa. Dlatego też, ta nietypowa tendencja do wspólnego, rodzinnego tycia, wcale mnie specjalnie nie dziwi. Amerykanie znani są ze swych skłonności żywieniowych. Trudno przy takim trybie życia utrzymać odpowiednią wagę. Zwłaszcza, że partner lub partnerka powiększa się wprost proporcjonalnie. Nawet nie wypada wtedy zostać w tyle.

Tyle tylko, że również i w Polsce, zjawisko tycia po ślubie, coraz częściej staje się zauważalne. Oczywiście nie jest to regułą. Nie wszyscy po ślubie tyją i z łabędzi zmieniają się w opasłe kaczątka. Jednakże nawet w gronie moich znajomych, przykładów (mierzonych w kilogramach) szczęśliwych małżeństw, kilka by się znalazło.

Niedawno spotkałem kolegę i koleżankę z podstawówki. Ona – w szkole dosyć przeciętnej urody dziewczyna, szczupła, niewysoka. On – dosyć przeciętnej urody chłopak, szczupły, wysoki. Jak się okazało, mieli więcej ze sobą wspólnego, niż tylko to, że oboje byli szczupli i jakiś czas temu wzięli ślub. Spotkałem ich zupełnie przypadkowo w jednym z supermarketów. Przyjechali z córką na zakupy.

Zupełnie ich nie poznałem! Toczyli się po sklepie, niczym dwie, ogromne kule bilardowe i gdzieś w okolicy stoiska z chipsami, jedna kula nagle zawołała: „Cześć Rafał! Co u ciebie słychać?”. Gołym okiem widać było, że są bardzo szczęśliwi. Jakieś 80 kg rodzinnego szczęścia ponad średnią krajową. Ich wózek wypakowany wysokokalorycznym jedzeniem sugerował, że to nie koniec. Najwyraźniej planują być jeszcze bardziej radośni i zadowoleni z życia. Można by rzec – potwornie.

Sam jestem dosyć szczupły. Nawet bardzo. Teraz, jeśli ktoś zapytałby mnie dlaczego, wiedziałbym co odpowiedzieć. Po prostu zostawiam sobie dużą rezerwę. Po ślubie mam zamiar być cholernie szczęśliwy.